Oglądam bardzo dużo meczów Liverpoolu. Po pierwsze: to mój ulubiony angielski klub. Po drugie: jest to mój drugi ulubiony klub w ogóle. Po trzecie: kocham Jurgena Kloppa. Ma białe zęby. Nosi spoko dres. Kocham jego styl bycia, styl prowadzenia zespołu i kocham patrzeć, jak jego zawodnicy go kochają.

Widziałem mecz z United. Deklasacja. Nie opiszę tego w inny sposób, nie potrafię. Tak, Czerwone Diabły przechodzą obecnie coś w stylu siedmiu lat suchych. Ale – to nadal United. Deklasacja. Jeśli miałbym pokazać moim zawodnikom film: „Jak zamienić się na murawie w dzika”, puściłbym ten mecz. Patrzyłem na niego i przeżywałem orgazm sportowy.

Oglądałem mecz z Wolves. Towarzyszył mi szok mniej więcej od 55 minuty. Liverpool bez posiadania piłki? Może włączyłem nie ten kanał. Ktoś próbuje mnie oszukać? Patrzę i nie klei się nic. Jakbym wsypał za dużo mąki do ciasta. Chcę coś z nim zrobić, ale nie wiem co. W głowach zawodników czarna dziura, Van Djik wymachujący rękami, niewiedzący, co tu się, kurde, dzieje. Rui Patricio mógłby na luzaku wyjść na kawę do pobliskiej kawiarni u „Jasona”.

The Reds mecze jak ten zdarzają się ostatnio równie często, jak śnieg w Wigilię w centrum Polski. Niby wiem, że może padać, ale raczej myślę „poprószy i stopnieje”.

Wtedy strzela Firmino.

Mistrzów wyróżniają momenty kryzysu. Konkretnie jego przetrzymywanie. Mistrzowie potrafią przyjąć 23 ciosy na korpus i stoją. Pozostałych wywozi pogotowie. Odnoszę także wrażenie, że mistrzowie mają więcej szczęścia. Dlaczego? Jeśli piłka wyszłaby w aut trzydzieści sekund wcześniej, Salaha nie byłoby już na boisku. Byłby na nim Origi, który zyskał czas na poprawienie skarpetki. Istnieje duże prawdopodobieństwo, iż Origi nie byłby w tym samym miejscu, co Salah, piłka nie odbiłaby się mu od nogi, nie trafiłaby zatem do Hendersona, ten nie zagrałby jej do Firmino, który wykończył akcję jak profesor.

Zwalczaniem kryzysów wygrywa się mistrzostwa. Mogę mieć genialny plan i zrealizować go od a do z. Mogę cieszyć się z przechytrzenia wszystkich wokół i w 60. minucie spotkania doprowadzić bramkarza przeciwników do stanu, w którym myśli tylko: „ale poszedłbym już po prysznic”. Mogę poeksperymentować, uśmiechnąć się na ławce i poczuć, jak schodzi ze mnie ciśnienie. Ale mogę mieć genialny plan, który napotka słabszy dzień moich piłkarzy. Albo lepszy dzień piłkarzy drużyny przeciwnej. I doskonale wiem, że próbuję wdrapać się na K2 w sandałach. Rywale biegają szybciej, podają celniej. Mam wtedy dwie możliwości: 1) spadam; 2) daję komunikat ekipie, że muszę to przeczekać i byłoby miło, gdyby ktoś podrzucił jednak lepsze buty. I gdy nie wieje, daję radę.

Nie odnoszę się wyłącznie do bycia mistrzem mistrzem. Z dzieciakami jesteśmy mistrzami w prostych momentach. Gdy dźwigamy się po porażkach, mimo że cholernie nas bolą. Gdy przychodzimy na trening w -5 stopni, mimo że nasi kumple zdobywają kolejny level na konsoli. I gdy wygrywamy 2:0 z lokalnym rywalem po konsekwentnej i dobrej grze, rewanżując się im za lanie w poprzednim starciu.

Małe mistrzostwa prowadzą do większych. Musimy konsekwentnie zmierzać ku temu największemu.